źródło zdjęcia: http://radek78.flog.pl

Podczas wizyty w parku miejskim zasiadam na ławce w module przeznaczonym dla pykających szlugi ku wolności, z wyboru. One zaś w części specjalnej, ogrodzonej, z zawartością piachu i rzygawicznie pędzących wkoło karuzeli. Matki. W pewnym sensie odczuwam litość, mam serce. One też. Że co ja mogę wiedzieć o życiu, dopiero jak urodzę, to się dowiem, pochwytam mądrości i uczucia dotąd mi nieznane. Pogrywamy w żony i matki kontra freelanserki.

Środek września, słońce praży, a niebo bezchmurne nade mną. Wrzucę laptopa do torebki, pójdę na kawę i popracuję, myślę. To idę. Zasiadam w miejscu godnym obserwatora ulic, zamawiam rozkosznego w prostocie ‚barmana’, odpalam komputer i papierosa, gotowa do portretowania trywialnej rzeczywistości.

I powoli jak w filmie, do stolika obok przysiada się mężczyzna z korzystną aparycją, spogląda na moją fizjonomię… aż tu ch… wszystko strzelił i to dosłownie, bo facet nim wcześniej nieroztropnie szarżował. Dosiadła się do niego żona plus dwie pociechy, co im się loda zachciało teraz akurat. Ojciec składa zamówienie reprezentując niskim głosem całą rodzinę, a ja komentuję sama sobie, że mógł zadbać o loda kilka lat temu, a może obeszłoby się bez tego ambarasu.

A ta żona i matka patrzy na mnie z jakąś miną nietęgą, chyba jej przyszła ochota na mojego peta, co go palę teraz, albo chce szminki czerwonej mojej, matowej. Ich potomki oba tak się uwaliły lodami, że ojciec wziął jedno za rękę, drugie pod pachę i poszedł w kierunku fontanny miejskiej, żeby wymyć im twarze, a nawet bluzki przeprać. Kobieta podeszła, nachyliła się w moim kierunku i wyszło, że o papierosa chodziło jej jednak. Poczęstowałam z żalu i empatii, odpaliła, usiadła gdzie poprzednio, przymknęła oczy i odpłynęła na porządnym relaksie.

Buty miała na płaskiej podeszwie, zdartej już zresztą i paznokcie z lakierem niedopracowanym. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała źle, zwyczajnie raczej, nawet dobrze. Ale było w niej coś, co sprawiało, że krępują mnie moje duże koła, kolczyki. Choć ona ich jakby pożądała wzrokiem, jakby była za nie wkurzona. Rzucała okiem w moim kierunku, a wzrok miała taki, że pobudzał moją kreatywność.

Tworzyłam projekt gry komputerowej, takiej na świat, z dobrą zagraniczną nazwą, „Angry Housewife”. Główną postacią była żona i matka, którą się tak naciągało palcem poprzez ekran dotykowy, puszczało i w zależności czy użytkownik umiał, mogła trafić na górkę złożoną z kobiet niezamężnych i bezdzietnych. Jak się dobrze naciągnęło to górka się rozsypywała, wtedy punkt.

I jak tą grę w myślach kończyłam, to zebrała się rodzina i poszli wspólnie, pewnie do domu, bo gdzie jeszcze mogłaby pójść razem rodzina. Też mogłam pójść, albo mogłam siedzieć jeszcze, mogłam co chciałam. A ta niezależność jak nagroda, bo nie trzeba nikomu ryja z loda wycierać i jak kara, bo nie ma komu. Każdej dzieciatej królewnie czasem korona z klocków ciąży, a i tej samoistnej cisza w jej pustym zamku zbyt głośną bywa. We wszystko można pograć, pytanie czy można wszystko wygrać.

Linda

więcej: http://linda-tonieblog.blog.pl/

źródło zdjęcia: radek78.flog.pl